Felieton nr 5 „Lot do przeszłości i z powrotem”

Na chwilę wrócę do czyjegoś dzieciństwa, po to by wyjaśnić jak według mnie wygląda nie osiąganie celów jeśli się nie pracuje nad tym we własnym zakresie, czyli nie robi się tej tak zwanej pracy nad sobą czy rozwoju osobistego.

Poświęcam wiele myśli i działań temu zagadnieniu od wielu lat, jak to się mówi „po swojemu”, jednak oczywiście sięgając po rady fachowców, co w dzisiejszych czasach jest raczej proste mając ten dostęp do cudownej bazy danych Internetu. Jednak, jeśli chodzi o praktykę to pozostawia wiele do życzenia, i chyba właśnie potrzebuje praktyki. Praktyka potrzebuje praktyki. Tak.

Wszyscy trąbią o tym, że to przekonania rządzą umysłem, każdej jednej jednostki i powodują, że jest ona właśnie taka jaka jest. Przyglądam się więc sobie i wnioskuję, jak poniżej.

Skąd bierze się przekonanie, że „przejmuję się tym co ludzie sobie o mnie pomyślą”? A no, jak wiele, wiele innych z dzieciństwa i wieku dorastania. Wyobraź sobie że jesteś dzieckiem, które przychodzi do rodzica z pomysłem. Opowiada i opowiada rodzicowi, czy rodzicom o tym pomyśle z pełnią entuzjazmu, a kiedy jeszcze dobrze nie kończy mówić, to już zostaje skrytykowany w sposób negatywny, że ten jego pomysł nie jest właściwy. Odchodzi zrezygnowany, zastanawiając się czy może dobrze wytłumaczył rodzicowi o co mu chodzi, co miał na myśli.

W końcu wszystko bierze na siebie, ledwie usypiając w swoim małym łóżku, z zalaną twarzą łzami, uznając, że następnym razem lepiej wytłumaczy.

Po pewnym czasie przychodzi kolejny raz kiedy pełen podekscytowania przychodzi do rodziców, i zaczyna opowiadać, że to i że tamto, że będzie tak pięknie jak się uda zrealizować pomysł. Rodzice patrzą to na niego, to na siebie nawzajem, kiwają głowami bez aprobaty. Dziecko już wie co się święci. Znowu niewłaściwy pomysł. Znowu się nie podoba. Znowu okazuje się że nie jest wystarczającą osobą by go zrealizować. Odchodzi do swojego pokoju i coraz bardziej siebie obwinia, chociaż w głębi serca wie, że jego pomysły są dobre, to brakuje tego co jest najważniejsze, czyli potwierdzenia najbliższych, że pomimo tego że może się nie udać, będę go wspierać w działaniach. A tu nic. Zero.

Takie dziecko być może jeszcze będzie próbowało zaufać rodzicom i opowiedzieć i o swoim pomyśle, a może jednak zdarzyć się tak, że będzie szukało zauważenia gdzieś indziej. Konsekwencje mogą być różne.

Warto jednak wiedzieć skąd się może pojawiać w głowie myśl o tym, że człowiek dba bardziej o wyobrażoną opinię innej osoby, której nawet nie zna, albo uważa że nie zasługuje na cel by go osiągnąć, bo jest niewystarczająco dobry. I wiele wiele innych.

Jednak, żeby nie zaprzątać głowy tylko i wyłącznie rodzicom, bo nie o to mi tutaj chodzi, są również inne przykłady które mogą zaważyć na tym jak to wygląda.

Tego rodzaju przekonania mogą również pojawić się później, na przykład w szkole, kiedy dziecko nie uzyskuje aprobaty autorytetu jakim jest nauczyciel, a przypuśćmy, że ciągłą negację jego projektów. Później zaś, taka afirmacja może wykształcić się w związku z partnerem, któremu również brakuje siły przebicia w osiąganiu celów oraz chęci do działania w tym zakresie.

I tak dalej, i tak dalej.

Mogłabym tak wyliczać i rozliczać wszystkich wokół którzy przyczynili się do tego, że mi nie wychodzi to i tamto, a jednak wolę się zając sobą i żyć tak jak potrafię najlepiej mimo tego że nie całkiem jestem zadowolona. Pocieszam się jednak myślą, że tak wiele jest książek do przeczytania, że warto dla nich żyć, i nawet jeśli mi się nie powiedzie, to w bibliotekach jest darmowy dostęp.

O ile nie zostaną zamknięte całkowicie… Uhh…