Wspominki szkolne plastyczki

Wtedy gdy uczęszczałam do szkoły plastycznej o kierunku tkactwo artystyczne miałam problem wysokiej wagi, otóż, pomimo tego, że fascynujące i ciekawe było dla mnie to co się odbywało w tamtym budynku, a mianowicie próba nauczenia przez grupę wykwalifikowanych osób, tych którzy dopiero się kształtowali z uwagi na młody wiek, to blokada jaka we mnie powstawała była czymś co nie pozwalało mi się wyrażać tak jak sobie to wyobrażałam.

Tak, wyobraźnia czasem potrafi płatać figle, bo działa tak szybko i abstrakcyjnie, że koncentracja zazwyczaj za nią nie nadąża, aby przełożyć tą niekompatybilność na działanie takie jakiego by się oczekiwało (to dopiero można nazwać sztuką). I już nie chodzi całkiem i tak do końca o malowanie. Można powiedzieć, że każdą próbę nauczenia się czegoś i przełożenia na realne działanie można nazwać czymś w rodzaju sztuki, sztuki tworzenia.

Pamiętam jak w szkole plastycznej szybko traciłam zapał i chęć realizowania zadań, tylko dlatego, że zastanawiałam się nad tym czy ludzie wokół mnie lubią, zamiast skoncentrować się na swojej pracy i wykonaniu jej tak, żebym była z niej zadowolona, żeby mi się podobało to co wykonałam. Zazwyczaj mi się nie podobało. Musiałam jednak na jakiś czas zostawić swoje prace, wtedy, gdyż potrzebne były do oceny przez nauczyciela. Później bardzo często niszczyłam namalowane przez siebie obrazy, bo albo były nieukończone, a niekiedy mimo tego, że były, to efekt końcowy był marny. Zazwyczaj swoje prace fajnie zaczynałam, a kończyłam je bez większego sukcesu. O czym dobrze wiedziałam, a nie potrafiłam zmienić. 

Dopiero teraz po latach zaczynam rozumieć ten proces tworzenia odbywający się w moim umyśle podczas działania artystycznego i powoli i delikatnie staram się go przezwyciężyć. Unikam gwałtownych posunięć, bo dobrze wiem jaki miały one efekt w przeszłości, na pewno całkiem bezowocny, po takim traktowaniu, przez kolejne miesiące, czasem lata.

Także, wszystko wydaje się takie proste i łatwe, jak się coś zaczyna. Piękne, wielkie marzenia, a później, po paru próbach skonfrontowania się z rzeczywistością często dzieje się tak, że z błahych powodów się rezygnuje w dalszym rozwijaniu tych umiejętności. Bo ktoś jest…, bo coś…, bo ja nie…. I tak dalej.

Powrót do malowania otworzył mi nowe szufladki w głowie. Zauważyłam, że po minionym czasie w liceum, następnie przerwach i ponownych próbach, zaprzestaniu tworzenia na dłuższe okresy, podchodzę do tego procesu całkiem inaczej, otóż, często okazuje się w moich myślach podczas malowania, że już nie obchodzi mnie to co sobie ktoś pomyśli na temat obrazu który wyszedł spod mojego pędzla, bo raczej robię to dla siebie i wyrażenia swoich emocji, by się niepotrzebnie nie kumulowały w moim wnętrzu. Zauważyłam, że przyszło to wtedy gdy najpierw pochwały przestały na mnie robić wrażenie ( chociaż je doceniam), z czasem uzmysłowiłam sobie, że negacja jest czymś przeciwnym do chwalenia, i jeśli wygórowany podziw mnie przestał dotykać, to równie dobrze bezpodstawna krytyka może przestać. I tak od pewnego czasu maluję po prostu, bez zbędnych oczekiwań, bez potrzeby splendoru i pochwały, dla siebie, po cichu i w spokoju, w zgodzie ze sobą i ciągłą ciekawością co będzie dalej pojawiało się w moich wytworach. 

Doświadczenie jednak zdobywa się nie tylko przez naśladowanie swoich nauczycieli, robienie tego co sugerują oni, czy osoby uważające, że mają uprawnienia do radzenia, pomimo tego, że nie zostały poproszone o te rady ( chociaż czasem warto posłuchać, bo może się przydać), a również, zdobywa się je poprzez szukanie we własnym zakresie w teorii, biografiach twórców, własnym doborze materiałów i użycia ich według własnego pomysłu.

Dlatego, myślę sobie, że tak zwane tworzenie do szuflady jest zdrowsze, bo możesz robić to jak chcesz i nie sugerować się tym czy jest nie-dobre bo ktoś dał ci dwójkę, czy dobre bo dał ci piątkę.